Wybory



Właśnie kupiłeś bilet do Tajlandii. Jesteś totalnie podekscytowany i nie wiesz, która perspektywa bardziej Cię kręci: drinki z palemką za dwa dolary pod parasolem nad turkusową wodą, melanż życia w Bangkoku czy przejażdżka na słoniu w tropikalnym lesie. Planujesz wyjazd, robisz research, zapala Ci się czerwona lampka. Generalnie jesteś wrażliwy, lubisz psy, lajkujesz posty Biedronia o cyrkach bez zwierząt, a na Facebooku udostępniasz posty o zmaltretowanych suczkach z pseudo-hodowli i porzuconych szczeniakach. A zatem wpisujesz w Google trzy magiczne słowa: "elephants in Thailand", żeby zobaczyć co w trawie piszczy i wszystkie pozycje, które wyszukiwarka znajduje jako pierwsze (a jest ich naprawdę sporo, serio), utwierdzają Cię w przekonaniu, że nigdy tego nie zrobisz i trochę Ci wstyd, że nie pomyślałeś o tym wcześniej. Bo słoniowa turystyka oznacza znęcanie się nad zwierzętami, co Cię oburza. Bo jesteś wrażliwy, bo lubisz zwierzęta i nie chcesz brać w tym udziału.


Logiczne, prawda? Prawda. Zatem dlaczego wszyscy moi znajomi, którzy byli w Tajlandii, wracają ze zdjęciem, na którym szczerzą zęby, siedząc w drewnianym koszu, zamontowanym na grzbiecie olbrzyma lub zaraz na niego wsiądą? Nie można im zarzucić okrucieństwa (mam nadzieję) ani głupoty (miałam nadzieję). Zatem, na moje oko, są dwa wyjścia: pierwsze, czerwona lampka nie włączyła się. Z jakiegoś powodu te osoby nie zastanawiają się, jak to się dzieje, że dzikie zwierzę potulnie nosi na grzbiecie nawet kilka osób. Nie zastanawiają się, czy może nie kryje się za tym jakieś szczególne okrucieństwo. Chcieliby pojeździć na słoniu, ale nie myślą o słoniu. Drugie rozwiązanie: czerwona lampka włączyła się, ale została skutecznie przygaszona. Bo na pewno nie jest tak źle, skoro tylu ludzi to robi. A poza tym, czy to coś zmieni, że akurat ja tego nie zrobię? I w ogóle co to za wycieczka do Tajlandii bez zdjęcia na słoniu? Mnie to nie dotyczy, przecież nie jeżdżę na słoniu codziennie.



Otóż, nie.

Właśnie Ciebie to dotyczy. Dla Ciebie przygotowywane są takie rozrywki. To Ty nakręcasz biznes tresowanych zwierząt, to dla Ciebie ktoś trzyma tę małpę na łańcuchu. Jesteś tego częścią, i Ty, i ja, i każdy, kto potencjalnie mógłby za to zapłacić. Nie, to niczego nie zmieni, że akurat Ty nie wsiądziesz na słonia, ponieważ dziesiątki tysięcy innych wsiądzie, tak samo jak niczego nie zmieni to, że akurat Ty nie wyrzucisz plastikowej butelki do lasu. Więc dlaczego nie wyrzucasz?




Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz spotkałam się z problemem słoni w branży turystycznej Tajlandii. Pamiętam, że od tamtej pory, jedną z pozycji na mojej "bucket list" było odwiedzenie ośrodka dla słoni po przejściach, których to kilka jest na terenie Tajlandii, a także Kambodży czy Birmy. Marzyłam o odwiedzinach w Elephant Nature Park i poznania założycielki i twórczyni tej idei. Zdecydowaliśmy się w końcu na Elephants World, założonego przez lekarza weterynarii, a kilka lat temu otwartego dla turystów. Z przyjemnością zasililiśmy konto fundacji, spędziliśmy dzień w formie pół-wolontariatu, pomagaliśmy w przygotowywaniu jedzenia dla olbrzymów, kąpaliśmy się z nimi w rzece, a jedna z wolontariuszek, Marta z Polski, opowiedziała nam historię niemalże każdego słonia w ośrodku.


Historią, którą najbardziej mnie poruszyła, była opowieść o Bow, słonicy, która powoli traciła wzrok. Przez kilka lat pracowała po omacku, aż w końcu stała się kompletnie bezużyteczna. Spokojną emeryturę zapewnili jej pracownicy ośrodka, którzy w czas odkupili Bow od jej właściciela. Opiekunką Bow jest Tori, jedyna kobieta-mahout w ośrodku. Bow jest strachliwa, często potrzebuje znacznie więcej czasu, aby pokonać jakąś łatwą przeszkodę i wymaga zaglądania do niej w nocy, a Tori ma dla niej mnóstwo cierpliwości i serca. 


W ośrodku słonie nie wożą turystów, nie wykonują żadnych sztuczek. Z takich właśnie miejsc zostały uratowane.




Jestem uzależniona od researchu. Robię research na każdy temat. Zanim cokolwiek kupię, gdziekolwiek pojadę, zanim kogokolwiek lub cokolwiek ocenię, po prostu lubię najpierw sprawdzić to i owo. Wiele rzeczy na co dzień wzbudza moje wątpliwości, lubię kwestionować pewne sprawy i doszukuję się drugiego dna. Nie uważam jednak, że te cechy osobowości są niezbędne, aby człowiekowi pojawiło się w głowie pytanie: czy to, co robię, jest właściwe? W zasadzie do tej pory sądziłam, że to dość elementarne pytanie, w każdej dziedzinie życia, dla każdego człowieka. Ałć.

Szczególnie wnikliwy research robię przed każdą podróżą. Nie wyobrażam sobie nie wiedzieć najważniejszych rzeczy o miejscu, w które jadę. Nie wyobrażam sobie nie wiedzieć, jakie panują zwyczaje w kraju, do którego się jedzie, a tym bardziej nie wyobrażam sobie, że można się nie zainteresować, jakie zachowania mogą niekorzystnie wpłynąć na środowisko, w którym będziemy się poruszać. Dzięki temu, że wykazuję minimum zainteresowania tematem, postępuję w taki sposób, abym potrafiła odpowiedzieć na pytanie: czy to co robię jest właściwe? Niewiarygodnie tanie oferty uruchamiają w mojej głowie alarm, bo mogą wiązać się z wyzyskiem pracowników czy unikaniem opłat lub kontroli kosztem środowiska lub personelu. Nie kupuję od dzieciaków i nie korzystam z usług firm, które wykorzystują nieletnich, bo nie chcę wspierać wyzysku dzieci w krajach rozwijających się. Nie fotografuję się z małpami na łańcuchu, nie wykupuję niczego w biurze, które posiada w ofercie rozrywki związane z tresurą dzikich zwierząt. Płacąc za takie usługi czasem całkiem grube dolary przyczyniamy się do okrucieństwa, niesprawiedliwości i przede wszystkim rozkręcamy biznes, którego twórcy nie znają takich pojęć jak etyka czy ekologia.

Często wpadam we własną pułapkę wszechresearchu. Przed pierwszą długą podróżą samolotem poczytałam, rzecz jasna, na temat zanieczyszczeń, jakie produkuje transport powietrzny. To sprawiło, że od tamtej pory lecąc na drugi koniec świata czuję koszmarne wyrzuty sumienia, bo wiem, ile zanieczyszczeń i dwutlenku węgla na głowę emituję. I jako osoba, która z reguły wszystko kwestionuje, zadaję sobie pytanie, czy wolno mi w ogóle mówić o etyce i ekologii podczas podróży, skoro sam proces przemieszczania się z miejsca na miejsce jest tak nieekologiczny, że niweluje wszelkie moje starania, zarówno te na co dzień, jak i podczas wyjazdu? Czy troszczenie się o przyrodę, zwierzęta czy najmłodsze pokolenie kraju, w którym jesteśmy gośćmi, ma jakiś sens, skoro cała turystyka, której jesteśmy w tym momencie częścią, pożera żywcem środowisko naturalne i lokalną kulturę?

Chcę wierzyć, że to ma znaczenie. Nie karmię się złudzeniami, nie spodziewam się, że osoby, które na co dzień nie mają kompletnie nic wspólnego z ekologią i zrównoważoną konsumpcją, nagle zainteresują się, czy pożary lasów w Indonezji mają coś wspólnego z masłem orzechowym, którym codziennie smarują swoją kanapkę, a tym bardziej, czy wybory, których dokonują podczas wakacji przyczyniają się do dewastacji środowiska danego obszaru. To, co uderzyło mnie najbardziej to nieświadomość i kompletna ignorancja osób pozornie wrażliwych i, wydawałoby się, całkiem mądrych. Nie wiem, czy bardziej przeraża mnie to, że czerwona lampka w ich głowach nie zapaliła się czy to, że się zapaliła i nic z tego nie wynikło. 

A zatem swoimi wyborami sami może i nie zmienimy wiele, ale wiele dobrych wyborów może coś zmienić, może sprawić, że coś się przestanie komuś opłacać i po prostu odpuści. Popyt i podaż ściśle od siebie zależą, a jedno nie istnieje bez drugiego. To my tworzymy popyt. Twórzmy go rozsądnie.



PS. Za kilka miesięcy najprawdopodobniej wybieramy się na Borneo. Jedną z najbardziej zachwycających mnie rzeczy są zwierzęta, żyjące w swoim naturalnym środowisku i nie mogę się doczekać chwili, w której sama zauważę pięknego, egzotycznego ptaka, ukrytego w zaroślach. W przypadku Borneo, największym problemem jest wprawdzie wycinanie lasów pod plantację palmy olejowej, żeby zaspokoić głód pazernego Zachodu, ale turystyka nie zostaje bez wpływu na wyspę - 80% lasów malezyjskiej części Borneo zostało rozdziewiczonych przez jungle-lodge i podobne ośrodki. Jestem rozdarta. Czy powinnam brać w tym udział? 

Etykiety: