Koh Mak

To już przedostatni wpis z tegorocznego wyjazdu do Azji. Kilka ostatnich dni postanowiliśmy spędzić brzuchem do góry na plaży, nie robiąc kompletnie nic oprócz wchłaniania kolejnych książek, kolejnych nudli i zimnego piwa. Wybraliśmy wyspę możliwie najmniej odwiedzaną przez turystów, Koh Mak, leżącą obok znacznie większej i bardziej wyposażonej Koh Chang. Na wyspę dostaliśmy się łodzią motorową, strasznie wymęczeni, bo dystans Vang Vieng - Koh Mak machnęliśmy jednym ciągiem. Niemalże całowaliśmy piasek na plaży, na której stał wynajęty przez nas za całe dziesięć dolarów domek. Już trochę czuliśmy się jak w raju, gdy słońce ogrzewało nasze zmęczone facjaty, z głośniczka sączyła się miła muzyczka, a my wsuwaliśmy świeże owoce morza, ciesząc się na najbliższe dni słonecznego nicnierobienia, ale pogoda miała dla nas inne plany. Nie można powiedzieć, żeby pora deszczowa była gwarantem zachwycającej opalenizny, szczególnie w moim przypadku, ale żeby padało cały czas? Właśnie tak się kończy moje opalanie: doszczętnym spaleniem tyłka albo kompletną niepogodą.









Przez większość czasu niebo było zachmurzone, prawie każdej nocy nad naszymi głowami szalała burza, w dzień kropiło od czasu do czasu i generalnie upału nie było. Do tego wszystkiego burza podczas pierwszej nocy odcięła całą wyspę od internetu, więc zostaliśmy tylko my, mokra plaża, deszcz i książki. Sporadycznie także pająki i skorpiony, ale kto by się przejmował!

Uciekanie przed ulewnym deszczem - standardzik! Poniżej krab, uchwycony przez mojego brata, którego głównym zajęciem (mojego brata, nie kraba) oprócz czytania książek była obserwacja tych małych stworzonek. Kraby wychodziły po zmroku na plażę tak gromadnie, że spacerując wzdłuż brzegu niemalże słychać było tupot setek małych krabich nóżek, a zewsząd patrzyły na nas odblaskowe oczka. Trochę urocze, a trochę creepy! 



Kiedy pewnego dnia zza chmur wyszło słońce, zerwaliśmy się jak szaleni, ustawiliśmy sobie leżaki z opcją moczenia stóp w wodzie i w takich pięknych okolicznościach zjedliśmy obiad. Trwało to może godzinę z hakiem, ale plażing tak jakby zaliczony!

Mimo porażki pogodowej, ciepło wspominam Koh Mak. Gdyby ktoś szukał naprawdę zacisznego miejsca z opcją budżetowego noclegu - mogłabym z czystym sumieniem polecić tę wyspę. Minusy, które zapadły mi w pamięć to naprawdę spora ilość śmieci, pływająca w morzu i wyrzucana na plażę. Sama bardzo dbam o swoje otoczenie, śmieci mnie przerażają i smucą, a pływanie w morzu obok dryfującej puszki po Coca-Coli to umiarkowanie atrakcyjne doświadczenie. Może w sezonie poza-monsunowym śmieci nie dopływają do brzegu, tylko trują środowisko gdzieś dalej - voila, wtedy można się cieszyć tą jakże nieskazitelną lazurową wodą. Ale to już brzmi odrobinę jak kolejny, ostatni post z tej serii, więc tym średnio optymistycznym akcentem zamknę plażowy wpis. Do następnego!

Etykiety: