Vang Vieng

Jechać do Vang Vieng? Nie jechać do Vang Vieng? Imprezownia południowo-wschodniej Azji, amerykańskie bary, seriale na DVD i automaty z prezerwatywami czy wartościowe miejsce w Laosie, w którym każdy coś dla siebie znajdzie? Przed naszym wyjazdem do Laosu naczytałam się o Vang Vieng mnóstwo historii. Począwszy od poradników typu 10 powodów, dla których powinieneś pojechać do Vang Vieng, kończąc na poradnikach typu 10 powodów, dla których nie powinieneś jechać do Vang Vieng. Także będąc w podróży, spotykaliśmy ludzi z kompletnie odmiennymi opiniami (autentyki!): od centre of doochbags po lifetime adventure. Sprawa nie była prosta. Pojechaliśmy. Głównie z ciekawości i ze względu na świetnie zapowiadający się guesthouse. Najśmieszniejsze w tej decyzji jest to, że w końcu tak naprawdę wcale w Vang Vieng nie byliśmy i wciąż nie wiem, czy te automaty stoją naprawdę i czy serial Przyjaciele rzeczywiście jest puszczany w co drugim pubie. Tak wyszło. Niczego nie żałuję. Uch, ale się zrobiło podniośle.



Widoki - to chyba słowo klucz naszego pobytu w okolicach Vang Vieng. Już sama droga z Luang Prabang, kręta jak sprężyna i od czasu do czasu odrobinkę obsunięta, obfitowała w niesamowite panoramy, które ułomnie próbowałam uwiecznić przez okno. Z kolei będąc już na miejscu, podjęliśmy wyzwanie i wdrapaliśmy się na punkt widokowy, który był wart każdej kropli z tych kilku wypoconych po drodze litrów.

Zdjęcie poniżej to nie szalony tuning, tylko fatalna, tęczowa szyba w minibusie. 





Zatrzymaliśmy się u cudownej Nouth na obrzeżach miasta, która przyjechała po nas późno wieczorem do Vang Vieng i szybko nas stamtąd zabrała. W ten sposób do samego miasta już nie wróciliśmy, bo byliśmy zbyt zajęci odkrywaniem jego okolic i nie czuliśmy takiej potrzeby.



Ze wszystkich "kultowych" miejsc w Vang Vieng, odwiedziliśmy jedno, numer jeden z listy Tripadvisora. Może i było to urocze miejsce - 10 lat i sto tysięcy turystów temu. Kawałek turkusowej rzeki tuż obok parkingu pełnego samochodów, skuterów i autobusów, wysokie drzewo, kawałek opony czy huśtawki, tysiąc Chińczyków w kamizelkach, opłata za parking i opłata za moczenie tyłka w zupie z ludzi. Wciąż nie wierzę w tę jedynkę, choćby dlatego, że punkt widokowy bije tę atrakcję na głowę, ale żeby tam wejść, trzeba się solidnie zmęczyć - może tu pies pogrzebany?

Szybko się zluftowaliśmy i ruszyliśmy w poszukiwanie naszej osobistej jedynki.

Im wyżej tym coraz mniej wody chlupotało w butelce i coraz lepsze widoki roztaczały się wokół. Zatrzymywałam się po drodze i molestowałam spust migawki, nieświadoma, że jeszcze kilka kroków i dosłownie wyskoczę z butów.



To było nasze Vang Vieng. Gdybym miała wybierać jeszcze raz, dla najlepszych widoków w Laosie i dla Nouth, zdecydowałabym się po raz drugi. O!

Etykiety: