Nong Khiaw & Muang Ngoi

Trzy godziny obijania tyłka w laotańskim minibusie, dwie godziny rejsu motorową łodzią w górę rzeki, kilkaset metrów po błotnistej, glinianej drodze i jesteśmy. Muang Ngoi. Nadrzeczna wieś, ukryta pośród wysokich, zielonych pagórków, od których odbijają się deszczowe chmury i dźwięki karaoke. Ktoś, kto nazwał Muang Ngoi senną wioską, chyba był zmęczony.

Prawdą jest, że Muang Ngoi to maleńka miejscowość, do której do niedawna dało się tylko dopłynąć. Nocą słychać tylko pluski dochodzące z rzeki i cykanie świerszczy, ale zanim zapadnie zmierzch, Laotańczycy bawią się w wąskim, rodzinnym gronie i z wielu domków, stojących wzdłuż jednej z dwóch ulic, dobiega muzyka i śpiewanie. Konieczne podkręcone głośnikiem i mikrofonem, w końcu to karaoke, a nie jakieś lichwiarstwo. Podobno jeszcze parę lat temu w Muang Ngoi nie było ani jednego samochodu, ciepłej wody i internetu. Ciepły prysznic, kilka pick-up'ów i wifi już tam są. Czy wiele się zmieniło?


Do Muang Ngoi dostaliśmy się taką oto łódką z miejscowości Nong Khiaw. Z nazwą tą wiąże się bardzo zabawna historia, której nie opowiem tutaj, bo spalę i do końca nie wiem, dlaczego w takim razie wspominam o niej w poście, ale chyba głównie po to, żeby za trzy lata, czytając ten tekst, przypomnieć sobie dwóch świetnych chłopaków z Izraelza i zaśmiewać się do rozpuku. Czy takie historie nie są najlepsze? Kiedy już doczekaliśmy momentu, w którym mogliśmy władować się na łódkę, a wszyscy miejscowi ulokowali swoje towary i bagaże, ze starą lodówką włącznie, ruszyliśmy! Na zdjęciach rzeka może nie wygląda na rwącą, ale momentami fale aż pryskały o twarz i byłam pewna, że się wywrócimy. Trudno być wiarygodnym w internecie.

Droga w górę rzeki była niesamowita. Widoki zachwycały, życie miejscowych intrygowało, błotne bawoły wzbudzały ogólne poruszenie. Dopłynęliśmy po dwóch godzinach i kilkunastu przystankach i szybko znaleźliśmy lokum. Trafiliśmy świetnie: oprócz rozkosznie niskiej ceny noclegu, rozpieszczaliśmy nasze brzuchy pyszną kuchnią gospodyni. Spędziliśmy tu dwa błogie dni. Błogie do czasu, aż karaluch wielkości małej myszy nie próbował wejść Adamowi do ucha, a mnie brutalnie zabić we śnie. Ledwo uszłam z życiem.
























Czas w Muang Ngoi spędziliśmy głównie kręcąc się po okolicy. Wdrapaliśmy się na punkt widokowy bardzo stromą ścieżką. Ścieżka ta po ulewnym deszczu zmieniła się w zjeżdżalnię, na której boleśnie obiłam sobie cztery litery, ale aparat uratowałam. Poszliśmy także w górę drogi, prowadzącej do jaskini, którą Adam i Izraelczycy postanowili dogłębnie zbadać. Nie lubię jaskiń, trochę się ich boję, więc postanowiłam oddać się fotografowaniu motyli i innych radosnych, słonecznych stworzeń. Po pół godzinie już miałam dzwonić do ministra spraw zagranicznych, że mój brat z towarzyszami zaginęli w jaskini na laotańskim zadupiu, ale w ostatniej chwili wyłonili się z mroku i klepali po plecach, gratulując sobie świetnego pomysłu pływania w mrocznym, jaskiniowym jeziorze.






Alarm, motyl w kadrze!




















Muang Ngoi jest fantastyczne. Przywiozłam stamtąd świetne wspomnienia, pełne chilloutu i zieleni. Przepraszam za tę ilość zdjęć. Chciałabym napisać, że jest mi przykro, ale nie jest, więc nie napiszę. Do zobaczenia w Vang Vieng!
PS. Wracając do Prabang, zaklepałam w minivanie najlepsze miejsce (najlepsze miejsce w minivanie to swego rodzaju oksymoron, kto kiedykolwiek jechał tym wehikułem szatana ten wie) i udało mi się uchwycić widoki z drogi nie tylko przez szybę. A wracało się tak: 








Etykiety: