2015

W zasadzie czemu nie podsumować minionego roku? Lubię mieć wszystko względnie poukładane. Ostatnio organizowanie czasu idzie mi co prawda równie dobrze jak lepienie świątecznych pierogów, ale w sprzyjających okolicznościach poświątecznego relaksu uświadomiłam sobie, że kompletnie nie pamiętam, co właściwie robiłam w roku poprzedzającym i jeszcze wcześniej. Co się działo u mnie w minionym roku? Styczeń zaczęłam iście po studencku, relaksując się przy pasjonującej, dermatologicznej lekturze. Ten czas od sylwestrowych fajerwerków do zimowej przerwy międzysemestralnej z perspektywy czasu zawsze strzela jak z bicza, choć w rzeczywistości wlecze się okropnie, gdy trzeba spędzać kolejne krótkie dni i długie wieczory nad książkami. 





Ferie w lutym nie wypaliły kompletnie, plany wypadu w cieplejsze strony świata skończyły jako niewiążące gdybanie. Zamiast tropikalnych przygód, wybrałam się z Oliwerem w okolice Buska Zdroju, do uroczego, wiejskiego gospodarstwa, prowadzonego przez jego dziadków. Też dobrze!




Marzec przyniósł coroczną dawkę białego szaleństwa na stokach Tyrolu.




Święta wielkanocne spędziłam na uroczej wsi, gdzieś na Dolnym Śląsku, z najlepszą rodziną pod słońcem. Odwiedziłam Śnieżnicki Park Krajobrazowy i wdrapałam się na niewysoki Śnieżnik. Standardowo, śniegu było więcej niż na Boże Narodzenie.




Kwiecień i maj wspominam jako dziką batalię o każde zaliczenie i egzamin, które mnożyły się jeden za drugim i kiedy już się poddawałam, bo nie starczało mi doby, jakiś dobry duch sprawiał, że powtarzało się parę pytań czy do puli wpadał jeden, kluczowy punkt i jakoś brnęłam dalej. Wiosna przeleciała mi między palcami. W samym środku sesji moi znajomi znaleźli czas, żeby przejechać 400 km i zrobić mi imprezę niespodziankę w moim własnym ogródku. Nigdy się tak nie zalałam łzami, żegnając gości, jak wtedy.

Skończyłam sesję z końcem czerwca, co wcale nie było takie łatwe w tym semestrze. Początek lipca rozpoczął się nad Jeziorem Żywieckim ze stałą ekipą. Pierwszy, wakacyjny oddech, zimne piwo na hamaku i ognisko.



W połowie Lipca wyjechałam na praktyki do Centrum Chorób Serca w Dreźnie, gdzie spędziłam dwa tygodnie, momentami niesamowicie ciekawe, momentami trochę samotne. Najlepiej wspominam intensywny weekend, spędzony z Julką i nowo poznaną dziewczyną, odbywającą ze mną praktyki, podczas którego porządnie zwiedziłyśmy Drezno i wyskoczyłyśmy w saksońskie okolice.




W międzyczasie odbębniałam też uczelniane praktyki, tu kilka dni pracy przed Dreznem, tu kilka dni po powrocie. Na całe szczęście ekipa oddziału kardiologicznego nie zapomniała, jak to jest być spragnionym wakacji studentem lekarskiego po wyczerpującej sesji, zmuszonym do wałęsania się po szpitalnych korytarzach zamiast wylegiwania na hamaku w ogrodzie. Początek sierpnia przyniósł wyjazd do Oslo, gdzie dołączyłam do chłopaków, którzy swoją wakacyjną fuchę odbębniali w biurze... z widokiem na morze i dzielnicę Tjuvholmen.







Poszwendałam się po Oslo, sfotografowałam Operę, odwiedziliśmy świetne muzeum Fram i parę innych, ciekawych lokalizacji. W drugiej połowie sierpnia wybraliśmy się na Kraków Live Festiwal, pokołysać się trochę do Mo i Kendricka Lamara, zjeść najlepszą pizzę i przypomnieć sobie, że Kraków, choć śmierdzący i duszny, jest bardzo uroczy!




Końcówkę sierpnia, jak co roku od ponad dwudziestu lat w moim przypadku, spędziliśmy na Półwyspie Helskim, jedząc gofry i czekając na wiatr.

Wracając na południe Polski, zahaczyliśmy o Parchowo i zabawiliśmy tam parę dni, z czego dwa spędziliśmy kajakując przepiękną rzeką Słupią. Skróciliśmy wyjazd na koszt pożegnalnej imprezy w Warszawie, gdzie wyściskaliśmy naszych przyjaciół, rozjeżdżających się po całym świecie nawet na cały rok i z pierwszymi dniami września wróciliśmy do domu.



To był trudny czas - pierwszy raz czekała mnie tak długa podróż bez Oliwera, bo tym razem moim podróżniczym kompanem był mój brat. Pamiętam, że irracjonalnie się bałam, choć dzisiaj sama właściwie nie wiem czego, ale tak jak wcześniej nie miałam problemów z lataniem, tak tym razem byłam pewna, że spadnę w czarną otchłań oceanu i już nigdy więcej się nie zobaczymy. 6 września wylecieliśmy z Berlina do Bangkoku i rozpoczęliśmy kilkutygodniowy rajd po Tajlandii, Birmie i Laosie. Wróciliśmy jako lepsi i bogatsi ludzie, z mnóstwem nowych planów w głowach i odrobinkę spóźnieni na zajęcia w nowym roku akademickim.




Nie pamiętam zbytnio października i listopada - oprócz powyjazdowej tęsknoty za byciem w drodze i braku mobilizacji do czegokolwiek, nie mam żadnych wspomnień z tych coraz krótszych dni. Grudzień rozpoczął się wyjazdem na fantastyczną konferencję do Lipska, a przez pozostałą część ostatniego miesiąca odliczałam dni do świąt, obchodzonych w moim domu bardzo rodzinnie i bardzo intensywnie.


Ostatnie dni roku spędziłam w pięknych, choć szokująco zanieczyszczonych Tatrach. Ruszyliśmy się na Gęsią Szyję, a Sylwestra spędziliśmy w małym domku znajomych w Dębnie w niewielkim gronie.





I ot, cały rok. Minął jak mrugnięcie okiem. Postanowienia noworoczne? Podróżować. Dbać o ludzi. I o siebie, troszkę więcej. Korzystać. (W tym roku znalazłam pierwszego siwego włosa.) I nie bać się.