Luang Prabang

Wyrzuty sumienia z kategorii "dlaczego nie uczysz się jeszcze do sesji?!" zaczynają mnie podgryzać z każdej strony, liczę więc na to, że jeśli dotkliwie je zignoruję i z premedytacją poświęcę kolejny, jesienny wieczór na słodką prokrastynację, wyrzuty znikną i sesja jakimś cudem też. Ten sezonowy brak motywacji i organizacji jest dla mnie stosunkowo nowym zjawiskiem, ale nie mam zamiaru sobie tego szczególnie wyrzucać i przeżywać wewnętrznych katuszy na widok kolejnego kipiącego motywacją zdjęcia porannej kawy na tle butów do biegania i góry książek, z odpowiednio motywującym podpisem #lovemondays, ewentualnie #workhard. Obecnie katusze przeżywam jedynie na widok pięknych zdjęć z odległych zakątków świata, w których mnie nie ma, ponieważ aktualnie jestem w piżamie, ale na to akurat mogę coś poradzić. Nie na piżamę, rzecz jasna, bo przebierać się nie mam zamiaru, ale przebierać w zdjęciach jak najbardziej! 



Jadąc do Luang Prabang nie mogłam już dłużej usiedzieć w miejscu i to nie tylko dlatego, że podróż ciasnym vanem trwała osiem godzin i także nie dlatego, że całą drogę na każdej dziurze zamiatało nami pod sam sufit, ale głównie dlatego, że wiązałam z tym miejscem ogromne nadzieje. W mojej głowie powstał jakiś dziwny kult tego miasta i byłam przekonana, że to najlepsze azjatyckie miasto, w jakim przyjdzie mi się znaleźć. Trochę tak było, a trochę nie, ale zdecydowanie dałabym się tak sponiewierać ponownie, żeby jeszcze raz pojechać do tego kolorowego, wyluzowanego miejsca, a to już naprawdę spore poświęcenie. 

Pierwsze, co postanowiliśmy uczynić po przyjeździe do Luang Prabang to wyjechać z Luang Prabang, wypożyczyliśmy więc skuter i ruszyliśmy w kierunku największej turystycznej atrakcji w okolicy (o tak!), czyli Kuang Si Falls.

Po odwiedzeniu parku Erawan w Tajlandii, wodospady Kuang Si wydają się raczej umiarkowanym wysiłkiem, żeby nie powiedzieć, że żadnym. Parking, 50m ścieżki, park niedźwiadków i kąpielisko. Ogromne kąpielisko i ogromnie dużo ludzi. Ale miło było zamoczyć cztery litery!

Zdjęcia natury nie draśniętej obecnością człowieka zawsze robią na mnie wrażenie. Często też widuję oszałamiające migawki ze słynnych miejsc, które nie do końca są tak osamotnione i dziewicze, jak się je przedstawia. (Najlepszym tego przykładem, który doświadczyłam, jest skała Trolltunga w Norwegii. Nigdy nie zapomnę swojego zdziwienia na widok liczby ludzi na szlaku i jeszcze większego zdziwienia na widok kolejki do wejścia na skałę w celu zrobienia tego właśnie oszałamiającego zdjęcia człowieka wśród dzikiej natury.) Przywiozłam dobre wspomnienia z Kuang Si, ale żeby być szczerym i nie wprowadzać nikogo w błąd, tak wygląda Kuang Si w porze szczytu i jeśli uchroni to kogoś przed rozczarowaniem, poczuję się spełniona.

A więc ludzi sporo. Po kupieniu symbolicznego t-shirtu niedźwiedziowej fundacji, zaczerpnęliśmy krótkiego relaksu w parku motyli (jest w porządku, ale nie poszłabym drugi raz) i wróciliśmy do Prabang.

Jakie wrażenie zrobiło na mnie Luang Prabang? Mocno turystyczne. Bardzo klimatyczne. Kolonialne, niskie budownictwo, przepiękne, stare budynki, dużo roślinności i palm w centrum miasta. Ogrom sklepików i straganów z bzdetami, szczególnie na głównej ulicy nocą. Knajpki, puby, raczej niewiele streetfoodu. Spodnie w słonie, twarze podświetlone smartfonami. Młodzi, starzy, mieszanka narodowości. Biura podróży, oferujące straszne, komercyjne trekkingi w drewnianych koszach na grzbietach słoni i inne, wołające o pomstę do WWF atrakcje. Mnóstwo guesthouse'ów, uliczki ozdobione lampionami i światełkami. Restauracje z widokiem na rzekę. Kolorowe owoce, barwne tuck-tucki. Miasto, które każdemu ma coś do zaoferowania. Zbyt popularne, ale niesamowicie urzekające. 

W Luang Prabang nie mogliśmy ominąć kultowego baru, Utopii. Dotarliśmy tam szczęśliwym trafem, bo droga jest cudownie pokrętna, piwo i jedzenie droższe niż wszędzie, ale legenda rządzi się swoimi prawami, a miejsce jest na tyle klimatyczne, że naprawdę warto zagospodarować trochę czasu na oglądanie zachodu z miękkiej leżanki. I zagospodarować więcej czasu na Prabang w ogóle, bo najłatwiej docenić to miasto, poznając je bez presji, w niespiesznym tempie. 

Siła wifi!

Etykiety: