Trekking w Nam Ha, czyli pierwsze kroki w Laosie


Po tym, jak opuściliśmy Birmę i zahaczyliśmy o Bangkok, kolejnym lotem przerzuciliśmy nasze plecaki do Chiang Rai, na północ Tajlandii. Myślę, że przyjdzie kiedyś czas na to, żeby odkryć te niewątpliwie interesujące regiony, lecz tym razem zostaliśmy tam jedynie na noc, aby kolejnego dnia złapać autobus prosto do Luang Namtha, do Laosu. Przekraczanie granicy nie sprawiło żadnych problemów, dwie pieczątki, opłata, uśmiech i droga wolna. Północne obszary Tajlandii, przez które jechaliśmy, były górzyste i przyjemnie zielone, ale to, co zobaczyliśmy kilkadziesiąt kilometrów po przekroczeniu granicy, przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. Laos to po prostu nieskończone góry, soczysta zieleń, fatalne drogi i niesamowite widoki.


Przyjechaliśmy do Luang Namtha znacznie później niż zamierzaliśmy (spóźniony autobus w Laosie, no kto by pomyślał!) Nie mieliśmy do końca zorganizowanego trekkingu, który planowaliśmy rozpocząć kolejnego dnia, więc poszliśmy za radą napotkanych w knajpie ludzi i wcześnie rano udaliśmy się do wybranej firmy, żeby zapytać, czy możemy wyruszyć jeszcze tego samego poranka. Nie zebraliśmy niestety żadnej ekipy, z którą moglibyśmy dzielić koszty, nie była to więc najbardziej budżetowa część naszej wyprawy, niemniej jednak przedsięwzięcie się udało i naprawdę było warto się na to porwać. Do pierwotnego lasu deszczowego rezerwatu Nam Ha nie można wejść na własną rękę. Wszystkie tripy są rejestrowane, podobno istnieje limit, ile trekkingów i ilu ludzi może wejść do lasu w danym czasie. Nie ma więc innego sposobu na zobaczenie tych pięknych okolic inaczej niż wynajmując odpowiedniego przewodnika. (Spotkaliśmy dwóch gości, którzy bez znajomości terenu chcieli sami wejść do parku, podobno szybko zawrócili.) Nasz przewodnik pochodził z plemienia Khmu, bardzo dobrze mówił po angielsku, bo szkolił się na nauczyciela, ale przede wszystkim doskonale znał las: opowiadał nam o drzewach, o gospodarce leśnej i demonstrował jadalne rośliny.




Tak, to kropla mojego potu. Lało się!









Przez pewien czas towarzyszyła nam nie mówiąca słowa po angielsku przewodniczka z najbliższej osady. W lesie niższym zatrzymaliśmy się na posiłek, a nasz dowcipny przewodnik momentalnie zamienił się w boga surwiwalu. Z zebranych po drodze składników ugotował zupę w naczyniu, wykonanym ze świeżo ściętego pieńka bambusa, a w plecaku przyniósł najlepszy na świecie sticky rice, suszoną wołowinę i mnóstwo smacznych rzeczy. Obserwując przygotowywanie posiłku nie mogłam uwierzyć, ile jadalnych składników można wyczarować z roślin w środku lasu. Nie byłam też pewna, czy posiłek sprosta naszym naprawdę wygłodniałym żołądkom, ale w zasadzie moje zmartwienia były totalnie niepotrzebne, bo najadłam się za wszystkie czasy i chwilę później byłam gotowa i pełna sił do dalszej wędrówki. A jedzenie pierwsze klasa! 

Im dalej szliśmy, las robił się coraz wyższy, coraz ciemniejszy i coraz wilgotniejszy. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie wysokość drzew i korony, zamykające się nad naszymi głowami jak zielone sklepienie. Bujna roślinność była tak gęsta, że bez ścieżki wydeptanej przez miejscowych przedarcie się byłoby solidnym wyzwaniem. Oprócz niezwykłych, ptasich dźwięków, docierających z każdej strony, mój nos był bombardowany świeżymi zapachami, których wcześniej nie znałam. Cudo!


Tego dnia naszym celem była niewielka wioska, w której mieliśmy spędzić noc, a rano wystartować z niej kajakiem w dół rzeki. Ilość zdjęć, których w tym poście już na pewno nie zmieszczę, z wioski, w której nocowaliśmy i dwóch kolejnych, zmusza mnie do zakończenia tego wpisu, dopóki jeszcze da się dobrnąć do jego końca bez ucinania sobie drzemki. Słowem: las był niesamowity. Pieszo już do niego nie wróciliśmy, ale mieliśmy przed sobą spływ kajakiem po zielonkawej rzece, wijącej się pośród tych wielkich, starych drzew. 

Etykiety: