Inle Lake na rowerze

O piątej nad ranem, kiedy mrok jeszcze spowijał Nyaungshwe, wyczołgaliśmy się z tuk-tuka zmęczeni, wygnieceni i zmarznięci jak kostki lodu. Nie to, żeby nocny autokar był szczególnie niewygodny, przeciwnie! Birma, jeden z najmniej rozwiniętych turystycznie krajów tego regionu, dysponuje naprawdę imponującymi autokarami nocnymi, w których można się porządnie wyspać, ale jeszcze porządniej przeziębić, bo z jakiegoś nieznanego nam powodu absurdalnie podkręcają klimatyzację. Wiedzieliśmy o tym wcześniej, dlatego też poubieraliśmy się jak na narty, ale mimo to nabawiłam się później paskudnej grypy. I z grypą, i z przyjazdem o piątej nad ranem pomógł nam właściciel jednego z najsympatyczniejszych guesthouse'ów, w których byliśmy i w ten sposób wylądowaliśmy w naszych łóżkach kilka minut po przyjeździe bez żadnych formalności, mimo że do standardowej pory check-in'u było jeszcze wiele godzin.






W takim questhousie można marnować dni! Godzinami szwendaliśmy się między roślinami, poupychanymi w każdym kącie i czytaliśmy książki w cieniu wielkich liści. Odzyskawszy siły, z instrukcjami i mapą od gospodarza, ruszyliśmy na wycieczkę rowerową dokoła jeziora Inle.





Okolic Inle nie można nazwać spektakularnymi. To jedno z tych miejsc, gdzie zachwycają subtelne widoki, nie ma tu strzelistych gór ani tropików, choć jezioro otoczone jest miękkim, niewysokim pasmem. Inle znane jest z niezwykłych wiosek na wodzie, w których żyją, pracują i handlują ludzie, do których wodę pitną przywozi się w baniakach, a prąd płynie cienkimi kablami, zawieszonymi nad taflą na niebezpiecznie wątłych słupach. Namiastkę tego życia widzieliśmy podczas krótkiej przeprawy przez jezioro, dopiero później mieliśmy bardziej zapuścić się w wioski na południu jeziora i doświadczyć trochę tej dziwnej, niestabilnej, ale w gruncie rzeczy sielskiej rzeczywistości.





















Punktem obowiązkowym na naszej trasie była wyszperana przeze mnie w sieci rodzinna knajpka o wdzięcznej nazwie Bamboo Hut. Miejsce to wydawało się najbardziej sielankową, prowincjonalną restauracją na świecie. Położona tuż przy plantacji dziwnych roślin, których owoce przypominały mi pigwę (edit: podobno to opuncja!), z widokiem na górskie pasmo, zmontowana z bambusa i prowadzona przez wspaniałych ludzi, jest chyba moim numerem jeden wśród wszystkich gastronomicznopodobnych lokalizacji, w których byłam. Na posiłek czekaliśmy prawie godzinę, a zza zamkniętych drzwi słyszeliśmy, jak składniki były po kolei siekane, tłuczone, smażone. Jedzenie, na które się tyle naczekaliśmy, było podobno najlepsze pod słońcem. Słabo pamiętam, gdyż przeżywałam wtedy ciężkie chwile (nie chciało mi się nawet robić zdjęć, więc mój brak uznał to za stan krytyczny) i ciepły posiłek wmusiłam w siebie z rozsądku. Ale w zasadzie nie protestowałabym, gdybym mogła sobie tam umierać na tę grypę cały dzień.










Etykiety: