Bagan po raz ostatni

Z każdy kolejnym dniem w Baganie coraz bardziej uświadamiałam sobie, że mogłabym tu spędzić o wiele więcej czasu. Nasz pobyt w Baganie nie należał do rekordowo długich i choć czułam się usatysfakcjonowana tym, że mogliśmy bez pośpiechu zwiedzić i poczuć to magiczne miejsce, ostatniego dnia, na samym szczycie Shwesandaw do ostatniej chwili przeciągałam moment mojego powrotu na ziemię. Dosłownie i w przenośni. 

Jak wspomniałam w poprzednim poście, mieliśmy przyjemność odkrywać Bagan w naprawdę doborowym towarzystwie. Nasze drogi skrzyżowały się jeszcze w Inle, kiedy to w tym niezwykłym, botanicznym guesthousie poznaliśmy pewną gadatliwą Irlandkę. Wybraliśmy się z nią na kolację i dołączyła do nas para ze Stanów, którzy z Irlandką poznali się na trekkingu z Kalaw do Nyaungshwe, o którym sama czytałam przed przyjazdem do Birmy, ale stwierdziłam, że nie mamy tyle czasu i w rezultacie porzuciłam pomysł. Claire i Colin, bo tak nazywali się nasi nowi znajomi, postanowili wyruszyć do Baganu razem z nami i od tej pory, mimo iż nie podróżowaliśmy wspólnie przez cały czas, notorycznie spotykaliśmy się totalnym przypadkiem. Może przypadkowe spotkanie w restauracji w Baganie czy pod jedną ze świątyń nie było szczególnie niewiarygodne, bo Bagan to raczej niewielki obszar, ale już przypadkowe spotkanie przed umówionym terminem w ogromnym Bangkoku w środku wielkiego tłumu wywołało salwy śmiechu i wrzaski radości. Rzadko zdarzało się, żebym spotykała w podróży ludzi, z którymi aż tak dobrze mi się spędza czas, a z Claire i Colinem polubiliśmy się i zrozumieliśmy na tyle (do tego stopnia, że śpiewaliśmy razem piosenki Disneya w dwóch językach jednocześnie, tęcza i jednorożce), że postanowiliśmy spędzić ze sobą jeszcze trochę czasu w Bangkoku, przed ostatecznym rozstaniem i powrotem do domu.

Tego dnia wspólnie wybraliśmy pagodę North Guni jako nasz punkt widokowy na zachód słońca. Mieliśmy fantastyczną zabawę, kręcąc się po okolicy na elektrycznych rowerach, wdrapując się na świątynię, przeciskając przez ciasne przejścia i szukając schodów na wyższe poziomy. W przeciwieństwie do Shwesandaw, na North Guni spotkaliśmy tylko kilka innych osób i słoneczny spektakl odbył się tego wieczora dla bardzo kameralnej publiczności.

Kiedy słońce jest już schowane, Bagan spowija ciemność, a pomiędzy drzewa i świątynie powoli wpełza mgła, coś dziwnego sprawia, że ludzie zaczynają mówić szeptem. Za każdym razem czułam dziwną ekscytację, choć sama nie wiedziałam z jakiego powodu. 

Na ostatni wschód słońca nie udało mi się już namówić Adama, a Claire i Colin przegapili budzik i zaspali. Samotne brnięcie rowerem przez piaski Baganu w kompletnych ciemnościach dostarczyły mi sporej dawki adrenaliny, ale po drodze spotkałam kilku samotników, a jeden nawet zatrzymał mnie, pytając, gdzie jadę i tłumacząc, że zgubił w ciemnościach swoich przyjaciół i nie wie, jak nazywa się świątynia, do której zmierzali. Zaproponowałam mu, że pokażę mu drogę do "swojej" pagody, żeby przynajmniej nie przegapił godnie zapowiadającego się wschodu słońca i w ten sposób resztę drogi spędziłam w towarzystwie, choć przyznam, że kiedy delikwent wywrócił się na skuterze w błocie, a ja czekałam, aż się ogarnie i marnowałam bezcenne minuty do wschodu, trochę klęłam pod nosem. Francuzi! Odnalezione wcześniej tajemne przejście za nic nie chciało mi się ujawnić po raz drugi, ale po kilku minutach błądzenia wśród murów North Guni, odnalazłam schody i zdążyliśmy na czas.

Z racji tego, że jest to ostatni wpis ze zdjęciami z Baganu, a na coś przecież chciałam się przydać, czas na kilka amatorskich wskazówek. Dobrym pomysłem jest poszukać hostelu przy drodze pomiędzy Nyaung U a Starym Baganem (bardzo przydatna i dokładna mapa tutaj: klik) Rzut beretem do najważniejszych świątyń, niektóre w zasadzie po drugiej stronie drogi, a hostele w bardzo przyjemnych cenach, choć moim skromnym zdaniem większość budżetowych miejsc w Baganie jest kompletnie bez klimatu, ot, podstawowe pokoje. Nieprawda, że nie da się budżetowo, bo się da, właściwie w całej Birmie nie zapłaciliśmy nigdy za nocleg więcej niż 11 i pół dolara, obalając w ten sposób dziwny mit, jakoby zakwaterowanie w Birmie było koszmarnie drogie. Wypożyczalnie rowerów i elektrycznych bajków otwierają się solidnie przed wschodem w oczekiwaniu na ranne ptaszki ze statywami i całą stertą gratów, nie trzeba się umawiać z właścicielami, będą czekać. Z podkrążonymi oczami, ale będą. Eksplorowaliśmy Bagan zarówno na rowerach klasycznych, jak i elektrycznych i słowo daję - jak uwielbiam jeździć na rowerze, tak pedałowanie po suchej, słonecznej patelni w longyi to opcja dla prawdziwych koneserów, więc jeśli ktoś planuje całodniowe harce, polecam przemyśleć kwestię środka transportu. 



W Baganie doświadczyliśmy niesamowitych chwil, zawiązaliśmy świetną znajomość, zdążyliśmy się rozsmakować w tym miejscu, a i tak czułam w piersi dziwne trzepotanie i niepokój, uczucie, które towarzyszy mi zawsze przed pożegnaniem na dłużej i wyjazdem z miejsca, do którego przywykłam lub dla którego straciłam głowę. Uparłam się, żeby na koniec wdrapać się po raz ostatni po zabójczych stopniach Shwesandaw i obiecałam sobie, że nie będzie żadnych rzewnych pożegnań. Wkrótce tam wrócę, jestem tego bardziej niż pewna.




Etykiety: