Around Mandalay: Inwa & Amarapura




Nie mieliśmy w planach odkrywania okolic Mandalay, ale na szczęście plany mają to do siebie, że często się zmieniają. Do Amarapury, niegdysiejszej stolicy Birmy, słynącej z najdłuższego, drewnianego mostu na świecie, dokulaliśmy się felernym skuterem, trochę podążając za intuicją, trochę za wskazówkami miejscowych, a trochę się gubiąc, ale każda pomylona uliczka niosła ze sobą moc nowych obrazów i sytuacji. Amarapura i Inwa to miejscowości oddalone od Mandalay o jakieś dwadzieścia kilometrów - najpierw drogami podmiejskimi, potem szerokimi alejami skrytymi w cieniu drzew, pod którymi pasą się krowy i bawią bose dzieci. Miejscowi nie mówią słowa po angielsku, język migowy okazuje się jednak nie tak uniwersalny jak wszędzie, a to, do jakiej miejscowości trafisz zależy od tego, jak zaakcentujesz proste słowo (czyli wszyscy wiedzą, w którą stronę jest Inwa, ale już Inwa nikomu z niczym się nie kojarzy). A wszędzie dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że nic, tylko brać skuter i objeżdżać Mandalay dokoła!







Do Amarapury mieliśmy jeszcze wrócić na zachód słońca, ale najpierw dostaliśmy się na brzeg jeziora, po którego drugiej stronie znajdowało się kolejne starożytne miasto - właśnie Inwa. Prom okazał się małą, drewnianą łódeczką, a panowie ją obsługujący nie widzieli żadnego problemu w przewiezieniu także skutera, byle skuter mocno trzymać, kiedy łódka się kolebie, bo wpadnie do wody (no przecież!) W ten sposób znaleźliśmy się w miejscowości Inwa z własnym środkiem transportu, co pozwoliło nam samodzielnie zwiedzić okolicę i choć piękne dorożki z zacienionymi siedzeniami były niezwykle kuszące, na własnym skuterze mogliśmy się zapuścić, gdzie tylko chcieliśmy (co też zrobiliśmy). Inwa, biedniejsza i jeszcze bardziej prowincjonalna niż Amarapura, była niezwykłym połączeniem starych ruin, ukrytych w zaroślach i prowizorycznych domów na palach, podtopionych zielonkawą wodą, przy których krzątali się mieszkańcy.

 

Pod wieczór wróciliśmy do Amarapury i w oczekiwaniu na zachód słońca pokręciliśmy się nieco po tętniącym życiem targu u wejścia na most U Bein. Zapach skwierczących szaszłyków, tytoniu, odgłos spluwania betelu i wszechobecny gwar towarzyszył nam na każdym kroku. Tuż obok tłum gapiów zebrał się, by obserwować zawody w cyrkowym podbijaniu wiklinowej piłeczki (czy to nie taki odpowiednik polskiej zośki?), miejscowi okupowali przyrzeczne restauracje, a jeszcze więcej ludzi dreptało już mostem, aby obserwować zachód słońca. Kiedy słońce zaczęło się zniżać coraz bardziej, światło stało się naprawdę przyjemne i nie przeszkadzały nawet ludzkie pielgrzymki, czasem tak tłumne, że zastanawiałam się, czy ten stary, drewniany most po latach bycia deptanym nie zawali się właśnie w momencie, w którym byłam na nim ja i mój aparat. Most dał radę, udało mi się nie wpaść do wody, a nawet trzasnąć parę tandetnych zdjęć mostu w świetle zachodzącego słońca. U Bein Bridge, jakkolwiek zatłoczony, jest totalnie magicznym miejscem! 

Etykiety: