Okolice Sapa i Ta Phin #2




















Odwiedzając prowincję Lao Cai zatrzymaliśmy się właściwie w dwóch miejscach - najpierw, na dłużej, w maleńkiej wiosce Ta Phin, oddalonej o parę kilometrów od Sapa, a później w samym Sapa, wietnamskim Zakopanem. Data znaleźliśmy w internecie dosłownie parę chwil przed pociągiem do Lao Cai i zaraz po ustaleniu, że ma dla nas miejsce i będzie na nas czekał, straciliśmy możliwość kontaktu na długi czas. Dat pisał wówczas mnóstwo wiadomości, proponując, że przyjedzie po nas do samego Lao Cai lub żebyśmy wzięli koniecznie samochód terenowy zamiast taksówki i dali mu znać, o której dokładnie przyjeżdżamy, niestety nic nie dotarło do nas w odpowiednim czasie i zrobiło się małe zamieszanie. Wszystko skończyło się dobrze, Dat odnalazł nas zmokniętych jak kury paręset metrów od swojego domu, nakarmił, dał spanie i tak zaczęła się nasza miłość do tego deszczowego, pochmurnego miejsca.



Dat to człowiek, o którym warto napisać parę słów. Po pierwsze, zarabia na goszczeniu przyjezdnych, co daje mu status najbardziej wpływowego człowieka okolicy. Po drugie, jest osobą niezwykle przedsiębiorczą - kiedy organizował dla nas trekking ze swoją znajomą przewodniczką, zapytany o cenę takiej przyjemności, odpowiedział: dajcie tyle, ile uważacie za stosowne. Czy to nie pomysłowe i proste? Jako budżetowcy, zapłaciliśmy za trekking tyle, na ile było nas stać i byliśmy zadowoleni. Para Amerykanów zapłaciła za ten sam trekking parędziesiąt dolarów więcej i też byli zadowoleni. A biznes się kręci! Po trzecie, Dat gościł nas na swoim przytulnym strychu, zapraszał na posiłki w swoim salonie i sadzał nas przy stole ze swoją żoną, kuzynem, szwagrem, synem. Częstował nalewkami domowej roboty - z węża, ptaka, żeń-szenia, z opium, oglądaliśmy nawet razem telewizję, w której nadawano programy pogodowe i ostrzegano przed powodziami z powodu szalejącego wówczas tajfunu, przed którym uciekliśmy z Halong. Dzięki prostej gościnności Data, pobyt w jego domu to jedno z najmilszych wspomnień, jakie przywiozłam z tamtych stron. Życzę mu jak najlepiej, bo to naprawdę uczciwy, zaangażowany człowiek, a tacy ludzie zdarzają się w branży turystycznej naprawdę rzadko.

























Jedzenie w domu Data było proste i genialne: na pierwszą kolację dostaliśmy ryż z mięsem, który wyglądał tak standardowo, że byliśmy szczerze zaskoczeni, jak rewelacyjnie smakował. Na każdy posiłek żona Data przygotowywała coś innego, każdego dnia z niecierpliwością czekaliśmy na moment, w którym Dat zawoła nas na obiad. Mogliśmy też poznać nieco inną stronę wietnamskiej kuchni - nasze potrawy były niesamowicie pyszne, ale raczej bez niespodzianek, natomiast wietnamska część stołu nierzadko częstowała się bardziej awangardowymi smakołykami, takimi jak świeża kacza krew czy oślizgłe kurze nóżki. Zapewne wychwalam tradycyjną wietnamską kuchnię już do znudzenia, ale nie tylko przez wzgląd na jej walory smakowe - nie uświadczy się tu wysoko przetworzonego jedzenia, o czym dodatkowo przekonaliśmy się, obserwując codzienne życie w Ta Phin i sposób prowadzenia przez rodzinę Data własnego gospodarstwa, będącego źródłem większości produktów lądujących na talerzu.



Ostatnim puzzlem niesamowitej przygody w Sapa był synek Data, zwany pieszczotliwie Małym Gnojkiem. Mały Gnojek biegał wszędzie na bosaka, przesiadywał na strychu, gdy tylko spędzaliśmy tam czas, grał z chłopakami w piłkę, kazał nam rysować samochody, krowy i psy, przywołując każdego per "at! at!" i rozkazując "hau, hau". Mały Gnojek był niesamowicie hałaśliwy i pomysłowy, w ukrytym miejscu trzymał pudełko, a w pudełku dwie rolki papieru, które służyły mu za lunetę, dzięki której mógł podglądać sąsiadów i inne dzieciaki na ulicy. Mały Gnojek miał wiecznie brudne ręce, brudne nogi, nieustannie wciskał się każdemu na kolana, a jego ulubionym zajęciem przy posiłkach był bezlitosny sparing z każdym z nas po kolei. Kiedy odjeżdżaliśmy, płakał i totalnie się obraził. Zostawiliśmy mu na pamiątkę polskiego pieniążka i norweską koronę, którą zawiesił na rzemyku na szyi. Mam ogromną nadzieję, że czeka go naprawdę dobre życie i jest jedną z tych osób, które chciałabym ponownie spotkać za kilka lat choćby tylko po to, żeby przekonać się, jak potoczyły się jego losy.



Ta zieleń wydaje się momentami wręcz nierealna. Nie mam porównania do pory suchej, ale śmiem twierdzić, że jednym z ogromnych plusów pory deszczowej jest wszechobecny wybuch świeżej roślinności. Niskie chmury, słaniające się na wzgórzach, poranna mgła i wszystkie te soczyste kolory były zachwycające i jakkolwiek wydawało mi się, że z poprzednich miejsc miałam całkiem sporo zdjęć, w Sapa przeszłam samą siebie. Ale ponownie oglądając te cudowne ryżowe pola, za każdym razem myślę sobie, że warto było katować bogu ducha winny aparat.






Etykiety: