Sielanka, co zwie się Phong Nha



Kiedy podskakujący na piaskowej drodze lokalny busik, wysadziwszy ostatniego pasażera, w mroku zapuszczał się w coraz gęstsze zarośla, z niepokojem zerkaliśmy przez okno zastanawiając się, w jaki sposób trafimy do gospodarstwa, w którym mieliśmy spędzić najbliższy czas, kiedy już kierowca wyrzuci nas w samym środku tej dziczy. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że Phong Nha będzie właśnie tym miejscem, za którym będę płakała rzewnymi łzami już w autobusie powrotnym.

W okolice Phong Nha przyjechaliśmy w celu zobaczenia największych jaskini świata i zarośniętego po wierzchołki wzniesień gęstą dżunglą parku narodowego Phong Nha Ke Bang. To z tych niesamowitych formacji skalnych słynie ta okolica, chociaż nie jest to nawet mała część tego, co może zaoferować poszukującemu spokoju i zielonego odludzia.


Rzeczywistość totalnie przerosła nasze oczekiwania. Doświadczyliśmy tutaj błogiej, wiejskiej sielanki i poobserwowaliśmy co nieco codzienne życie okolicznych mieszkańców. Chłopcy zaganiający bydło o zachodzie, dzieciaki wracające ze szkół na rowerach. Koncerty cykad wieczorową porą, gekony czmychające tuż nad poduszką. Miejsce, w którym można się zaszyć na długie miesiące i lata. Miejsce, w którym elektryczność doprowadzono dopiero kilka lat wcześniej. Naprawdę.










Zatrzymaliśmy się u młodziutkiej Diem i jej męża, wiecznie zaspanego i kompletnie wyluzowanego Australijczyka, którego pogwizdywanie towarzyszyło nam każdego poranka. Marty pewnego dnia przyjechał do Phong Nha i po prostu tutaj został. Wszyscy spaliśmy pod jednym dachem, witaliśmy się przy śniadaniu, rozmawialiśmy wieczorami. Czułam się tam jak u siebie i w ciągu tego krótkiego czasu zdążyłam się przywiązać do tego miejsca jak do żadnego innego w Wietnamie. Dom, typowe wietnamskie gospodarstwo wiejskie, należało do rodziców Diem, którzy zmarli dawno temu. Sama Diem natomiast utrzymywała gospodarstwo wraz z siostrą, chociaż, jak żartował sam Marty, kiepska z niej wietnamska żona - wstawała grubo po ósmej, a parne popołudnia spędzała głównie kołysząc się w hamaku i klepiąc się po ciężarnym brzuchu. Sielskie życie udzielało się i nam. Charakterystyczne, "otwarte" budownictwo domu sprawiało, że nawet wewnątrz czuliśmy się jakbyśmy biwakowali w bananowych zaroślach - wyciągaliśmy z butów ropuchy (już nigdy nie włożę buta bez uprzedniej kontroli zawartości), wypatrywaliśmy na drewnianym sklepieniu ogromnych pająków, a do zapalonych nocnych lampek zbiegały się całe stadka gekonów. Bomba!










W okolicy byliśmy totalną atrakcją dla lokalnych mieszkańców. Nigdzie indziej ludzie nie reagowali na nasz widok z równie wielkim zainteresowaniem, zresztą my sami nie widzieliśmy tam żadnych innych białych twarzy. Myślę, że brak turystów w samym Phong Nha w dużej mierze wynika z tego, że przyjeżdżają tu prawie wyłącznie jednodniowe, zorganizowane wycieczki, prosto pod jaskinię i prawie wyłącznie byli to Chińczycy. Pewnego razu potrzebowaliśmy kupić spirytus w celach medycznych. Poszwędaliśmy się po wsi i po długich, migowych rozmowach, jedynym, co udało nam się znaleźć w okolicy, był ryżowy bimber, pędzony przez maluczką panią w sklepiku. I tak wacik nasączony ryżowym ekstraktem stał się środkiem do dezynfekcji.
Wszystko, czego doświadczyłam w Phong Nha, bezwarunkowo podbiło moje serce i gorliwie obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś tam wrócę. Kiedy żegnaliśmy się z Martym, powiedział na odchodne, żebyśmy wrócili, jak tylko nam się zachce - będzie czekał, here, in the middle of nowhere. No jak mogłabym nie wrócić?


Etykiety: